– Córciu, pamiętaj, żeby wziąć leki.
– Tak, mamo, wiem!
– Bo przecież…
– Przestań!
– A obudzić cię w poniedziałek?
– Dlaczego?
– No, wiesz… sesja…
– Daj mi święty spokój!!!
– Ale przecież trudno ci zawsze rano wstać…
– Ja pierdo…..
Moment, w którym dorastające dziecko rozpoczyna samodzielne życie, jest jednym z największych wyzwań dla każdego rodzica. Wyprowadzka do innego miejsca, rozpoczęcie studiów, pierwsza praca czy zamieszkanie to naturalny etap. Większość rodziców odczuwa wtedy mieszankę dumy, wzruszenia i niepokoju. Jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej, gdy za mamą lub tatą stoją doświadczenie samookaleczania się, kryzysu psychicznego, prób samobójczych nastolatka lub nastolatki.
W takich rodzinach lęk staje się doświadczeniem na „tu i teraz”, codziennie, niemal 24 godziny na dobę. Telefon, który nie dzwoni przez kilka godzin, może uruchomić lawinę katastroficznych myśli. Krótkie „oddzwonię później” albo „nie teraz” albo „…..” może zostać odebrane jako sygnał zagrożenia życia. Każde pogorszenie nastroju dziecka wydaje się zapowiedzią kolejnego kryzysu. To bardzo zrozumiałe, zwłaszcza dla kogoś, kto ratował dziecko po próbie samobójczej, wrzucał do pralki zakrwawione po samookaleczeniach prześcieradło. Jako rodzice uczymy się przecież przez wcześniejsze doświadczenia pozostawać w stanie ciągłej gotowości. To często reakcja potraumatyczna.
Trauma rodzica nie kończy się wraz z wyzdrowieniem dziecka.
Nawet jeśli od próby samobójczej minęły lata, nawet, jeśli ustały samookaleczenia, a osoba, dziś dorosła, jeszcze kilka lat temu nie dawała „spokoju”, bo wciąż „coś się działo”, a jeśli się nie działo to „zapowiadało się, że się powtórzy”. Nasz układ nerwowy bardzo dobrze „pamięta” tamten strach, przerażenie, rozpacz. Właśnie dlatego, ta nasza pamięć podpowiada, że nigdy nie będzie pewności, że jest OK, nawet najmniejsze „rozedrganie”, płacz, silne emocje u dorosłego dziecka może być odbierane wprost jako zagrożenie. Zagrożenie, z którym trzeba sobie poradzić. Zagrożenie często wyłącznie w naszej głowie. Ale „realne” właśnie przez wspomnienia najczarniejszych momentów naszej egzystencji w czasie, gdy trzeba było wezwać karetkę, jechać na SOR, na szycie….
Dlaczego tak trudno przestać się martwić?
I tu pojawiają się paradoksy.
Aby młody człowiek mógł zdrowo funkcjonować, potrzebuje coraz większej samodzielności.
Aby rodzic mógł odzyskać spokój, musi stopniowo nauczyć się tej samodzielności nie kontrolować.
Jak może sobie w takim razie pomóc?
Pierwszym krokiem nie jest walka z lękiem, ale jego zrozumienie.
Rodzice często mówią podczas terapii:
– Jeśli przestanę się martwić, [przestanę działać] stanie się coś złego.
Jednocześnie – to drugi paradoks – logicznie, tak na głowę wiemy, że nasze reakcje są „przesadzone”, nieadekwatne, bo przecież nic się nie dzieje…
Czy zamartwianie naprawdę chroni dziecko?
Nie. Chroni jedynie nas, rodziców, przed chwilowym poczuciem bezradności. To właśnie nasze działanie daje złudzenie kontroli.
Skąd bierze się potrzeba kontroli?
Często ten lęk jest zwielokrotniony, powiększony, gdy np. sami, jako dzieci/ nastolatkowie wygraliśmy los na Koszmarnej Loterii i wylosował nam się rodzic, który pije… Jako nastolatki mogliśmy/ mogłyśmy prosić tatę:
– Nie pij więcej…
Tata na rauszu obiecywał więc 12 latce/12-latkowi:
– Tatuś jutro się nie napije.
I tak się zdarzyło, że był potem trzeźwy. Dziecko więc pojęło, że MA WPŁYW NA NIEPICIE TATY. Niestety, udało się może kilka razy na kilkanaście, bo tata mógł obiecywać, ale jednak ulegał nałogowi, wybierał alkohol zamiast rodziny, relacji itp.
Dziecko jednak wypiera te momenty swojej „nieskuteczności” w niepiciu taty, trzymając się kurczowo myśli, że kilka razy się udało, więc… obmyśla kolejne fortele, by tata – pod jej/jego wpływem się nie napił…
To jednak płonna nadzieja, bo tylko ta sama Koszmarna Loteria, na której dostaliśmy od losu pijącego rodzica. Równie dobrze to może być rodzic przemocowy, niedostępny emocjonalnie, wyszydzający, wyśmiewający, wykorzystujący seksualnie, chory psychicznie itd…
Skupiając się tak mocno na dorosłym dziecku często, nieświadomie, wchodzimy w dobrze znany z dzieciństwa schemat:
działam [dzwonię] – moje działanie odnosi skutek [budzę córkę/syna na ważny egzamin] – w związku z tym czuję SPOKÓJ.
Ważniejsze jest jednak, według mnie, to czego NIE CZUJĘ.
Nie czuję bezradności, braku wpływu, beznadziejności, napięcia itd.
To silny mechanizm, bo przynosi zwyczajnie ulgę.
Lęk pełni ważną funkcję – ostrzega przed zagrożeniem. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczyna reagować na każde przypomnienie o dawnych wydarzeniach, nawet jeśli aktualna sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Katastroficzne myśli – największy sprzymierzeniec lęku.
Warto więc zadać sobie kilka pytań:
Czy reaguję na to, co dzieje się teraz, czy na to, co wydarzyło się dwa lub trzy lata temu?
Czy mam konkretne sygnały świadczące o zagrożeniu?
Czy moje myśli opierają się na faktach, czy na wyobrażeniach?
Takie pytania pomagają odróżniać rzeczywistość od lękowych scenariuszy.
Wyobraźmy sobie sytuację. Córka wyprowadziła się na studia. Zawsze odpisywała szybko. Dzisiaj od pięciu godzin nie odpowiada. W głowie rodzica mogą pojawić się następujące myśli:
– Na pewno coś się stało.
– Znowu ma kryzys.
– Powinnam była do niej pojechać.
– Gdyby odebrała telefon, wiedziałabym, że żyje.
Tak działa katastrofizacja – jeden z najczęstszych mechanizmów podtrzymujących lęk.
Ćwiczenie: myśl, dowody na „tak”, dowody na „nie”.
Warto więc wziąć sobie czystą kartkę i podzielić ją na trzy kolumny.
1 kolumna:
MYŚL
[TUTAJ WPISUJEMY SWOJĄ MYŚL, TĘ NAJBARDZIEJ DRĘCZĄCĄ, MOŻE BYĆ ICH WIĘCEJ, NIŻ JEDNA] np.
– Na pewno próbuje zrobić sobie krzywdę.
2 kolumna:
DOWODY POTWIERDZAJĄCE MOJĄ MYŚL
[TUTAJ WPISUJEMY WSZYSTKO TO, CO CHOĆBY TEORETYCZNIE POTWIERDZA MOJĄ MYŚL Z PIERWSZEJ KOLUMNY] np.
– Ona/on nie odbiera telefonu.
3 kolumna:
DOWODY PRZECIW MOJEJ MYŚLI
[TUTAJ WPISUJEMY WSZYSTKO TO, CO ZAPRZECZA MOJEJ MYŚLI Z PIERWSZEJ KOLUMNY] np.
– Jest na zajęciach.
– Wcześniej informował/a, że ma intensywny dzień,
– Wielokrotnie zdarzało się, że odpisywała wieczorem,
– Od miesięcy korzysta z terapii i jest w lepszym stanie.
ITD. ITD.
Już samo wykonanie tego ćwiczenia obniża napięcie. Dlatego, że przywraca kontakt z faktami.
Czujność to nie to samo co kontrola.
Odróżniaj czujność od kontroli. Po doświadczeniu próby samobójczej rodzice często czują potrzebę nieustannego monitorowania dziecka. Dzwonią kilka razy dziennie, proszą o wysyłanie lokalizacji, sprawdzają aktywność w mediach społecznościowych, pytają znajomych, przeglądają komunikatory.
Choć wynika to z miłości i/lub troski, może prowadzić do dwóch trudności. Po pierwsze – rodzic coraz bardziej uzależnia własny spokój od informacji o dziecku.
Po drugie – młody człowiek może odbierać takie zachowania jako brak zaufania. Znacznie lepiej sprawdza się ustalenie wspólnych zasad kontaktu, np.
– Umawiamy się, że raz dziennie napiszesz krótką wiadomość. Nie chcę cię kontrolować, ale chcę, że nam obojgu będzie spokojniej.
Taka umowa buduje bezpieczeństwo bez naruszania autonomii.
Kiedy naprawdę trzeba reagować?
Naucz się rozpoznawać sygnały alarmowe zamiast szukać ich wszędzie. Rodzice po traumie często są przekonani, że muszą analizować każde zachowanie dziecka. Ja tymczasem zachęcam do koncentrowania się na rzeczywistych sygnałach ostrzegawczych. Mogą do nich należeć między innymi: wyraźne wycofanie społeczne, wypowiedzi o bezsensie życia, rozdawanie ważnych rzeczy, nagłe pożegnania, gwałtowne pogorszenie funkcjonowania, rezygnacja z terapii lub leczenia, nadużywanie substancji psychoaktywnych.
Jednorazowy gorszy dzień nie musi oznaczać nawrotu kryzysu. Każdy człowiek ma prawo do smutku, zmęczenia czy złości.
Rodzic również potrzebuje wsparcia.
Znajdź miejsce dla własnych emocji. Rodzice bardzo często całkowicie koncentrują się na dziecku. Zapominają, że sami również potrzebują wsparcia. Lęk, poczucie winy, zmęczenie i bezsilność są naturalną reakcją człowieka, który przeżył ogromny stres. I tak właśnie warto o swoim lęku myśleć. Nie trzeba siebie samooskarżać o nadodpowiedzialność czy nadopiekuńczość. To naturalne po traumatycznych doświadczeniach, których byłyście/ byliście bezpośrednimi uczestnikami.
Dobrym rozwiązaniem może być własna psychoterapia, dlatego, że trauma dotknęła całą rodzinę. Kiedy rodzice uczą się regulować własne emocje, poprawia się często również funkcjonowanie dzieci.
Ćwiczenie „Krąg wpływu”.
Na środku kartki narysuj dwa koła. W pierwszym zapisz wszystko, na co masz wpływ, np.
mogę zadzwonić,
mogę zapytać, jak się czuje,
mogę zachęcać do terapii,
mogę okazywać wsparcie,
mogę reagować na sygnały alarmowe.
W drugim kole zapisz to, czego kontrolować nie możesz, np.
wszystkie emocje mojego dziecka,
jego decyzje,
jego relacje,
jego przyszłość,
to, czy zawsze będzie szczęśliwe.
To ćwiczenie pomaga przekierować energię z walki z tym, co niemożliwe, na działania, które rzeczywiście mają znaczenie.
Zadbaj o swoje życie, nie tylko o życie dziecka.
Rodzice często mówią:
– Nie potrafię cieszyć się niczym, dopóki moje dziecko nie będzie całkowicie bezpieczne.
Problem polega na tym, że w życiu nie istnieje całkowite bezpieczeństwo. Jeśli całe życie rodzica zostaje podporządkowane monitorowaniu emocji, stanu psychicznego dziecka, pojawia się przewlekłe napięcie, wypalenie i poczucie utraty własnej tożsamości. Warto stopniowo wracać do własnych aktywności spotkań z przyjaciółmi, spacerów, sportu, czytania, rozwijania zainteresowań, planowania własnych celów.
To sposoby na odbudowanie własnych zasobów psychicznych.
Jak zatrzymać spiralę lęku?
Co robić, gdy lęk nagle narasta? Poniżej prosta technika, która może Wam się przydać, gdy czujecie, że Wasz lęk o dziecko się wzmaga.
S – Stop.
Zatrzymaj się.
T – Tchnij oddechem.
Weź kilka spokojnych, wolniejszych oddechów.
O – Obserwuj.
Nazwij emocję, np.:
– To jest lęk.
P – Podejmij świadome działanie.
Zastanów się:
– Czy potrzebuję właśnie zadzwonić do dziecka, czy raczej uspokoić własny układ nerwowy?
To pozornie niewielka różnica, ale często zmienia sposób reagowania.
Jak rozmawiać z dorosłym dzieckiem?
Rozmawiaj z dorosłym już dzieckiem inaczej niż z nastolatkiem. Samodzielność oznacza również zmianę komunikacji. Zamiast więc pytać:
– Czy na pewno wzięłaś/wziąłeś leki?
można powiedzieć np.
– Wiem, że potrafisz zadbać o siebie. Jeśli kiedyś będzie ci trudno, pamiętaj, że zawsze możesz do mnie zadzwonić.
Taka komunikacja buduje zaufanie. A właśnie ono jest jednym z najważniejszych czynników chroniących relację.
Zaakceptuj, że lęk może pozostać.
Wielu rodziców czeka na dzień, w którym przestaną się bać. Być może taki dzień nigdy nie nadejdzie. Celem nie jest całkowite pozbycie się lęku. To niemożliwe. Celem jest „nauczenie się” życia tak, aby lęk nie kierował każdą decyzją.
Można jednocześnie odczuwać niepokój i pozwalać dziecku dorastać.
Można się bać i mimo to zaufać.
Można pamiętać o bolesnej przeszłości, nie pozwalając jej całkowicie decydować o teraźniejszości.
Czy naprawdę chodzi tylko o dziecko?
To pytanie bywa jednym z najtrudniejszych, ale jednocześnie najbardziej uwalniających. Czasami zdarza się, że ogromna koncentracja na dziecku staje się nie tylko wyrazem troski, lecz także – zupełnie nieświadomie – sposobem radzenia sobie z własnym cierpieniem.
Nie oznacza to, że rodzic „wyolbrzymia” problem czy że jego lęk jest nieprawdziwy. Przeciwnie – jest on realny. Warto jednak zastanowić się, czy cała energia psychiczna nie została skierowana wyłącznie na bezpieczeństwo dziecka, pozostawiając w cieniu inne ważne sprawy.
Kiedy troska o dziecko przykrywa własne cierpienie.
Umysł często wybiera problem, na który można próbować wpływać, zamiast mierzyć się z tymi, które wydają się nierozwiązywalne lub zbyt bolesne.
Łatwiej przez wiele godzin analizować, dlaczego córka nie odpisała na wiadomość, niż dopuścić do siebie własne poczucie samotności po wyprowadzce dzieci z domu lub też inne poczucie, a więc np. brak wpływu na inne sytuacje życiowe.
Łatwiej planować kolejne sposoby zabezpieczania syna niż np. przyznać przed sobą, że od lat żyje się w związku pozbawionym bliskości.
Czasem łatwiej martwić się o przyszłość dziecka niż zmierzyć z własnym lękiem przed starzeniem się, chorobą czy przemijaniem.
Jak dzieciństwo wpływa na lęk rodzica.
Zdarza się również, chcę to z całą mocą powtórzyć, że źródła nadmiernego niepokoju sięgają znacznie głębiej – do doświadczeń z własnego dzieciństwa.
Osoby, które dorastały w domach pełnych nieprzewidywalności, przemocy, uzależnień, emocjonalnego chłodu lub ciągłego napięcia, często nauczyły się funkcjonować w stanie nieustannej czujności. Ich układ nerwowy przez lata otrzymywał sygnał:
– Musisz być gotowy/a na najgorsze.
Gdy zostają rodzicami, zwłaszcza rodzicami dziecka po kryzysie psychicznym, dawny mechanizm może odżyć z ogromną siłą. Obecny lęk o dziecko splata się wtedy z dawnym doświadczeniem bezradności, choć na co dzień trudno dostrzec tę zależność.
W niektórych rodzinach skupienie całej uwagi na dziecku sprawia również, że inne trudności schodzą na dalszy plan. Nierozwiązane konflikty małżeńskie, problemy finansowe, wypalenie zawodowe, żałoba po stracie bliskiej osoby czy narastające oddalenie między partnerami mogą przez długi czas pozostawać niewypowiedziane. Często jest to naturalny mechanizm obronny – skoro zdrowie dziecka wydaje się najważniejsze, wszystko inne wydaje się mniej istotne. Dopiero gdy sytuacja dziecka się stabilizuje, rodzice odkrywają, że oprócz lęku noszą w sobie także zmęczenie, smutek, złość, poczucie straty czy niespełnione potrzeby, które przez lata nie miały przestrzeni, by wybrzmieć.
Co dzieje się, gdy dziecko przestaje potrzebować naszej uwagi?
Dlatego warto od czasu do czasu zadać sobie kilka spokojnych pytań:
Co dzieje się ze mną, kiedy moje dziecko ma dobry okres i nie potrzebuje mojej ciągłej uwagi?
Jakie emocje pojawiają się wtedy na pierwszym planie?
Czy jest coś w moim życiu, czemu od dawna nie pozwalam się ujawnić/ wyleźć na wierzch?
Odpowiedzi na te pytania mogą Wam pomóc odzyskać kontakt z własnymi potrzebami i przypomnieć, że troska o dziecko oraz troska o siebie nie są przeciwieństwami. Im lepiej rodzic rozumie własne emocje i historię, tym większa szansa, że jego wsparcie będzie opierało się na świadomej obecności, a nie wyłącznie na lęku.
Miłość to nie jest nieustanne pilnowanie. Miłość polega na byciu obecnym, gotowym do rozmowy i uważnym na sygnały, ale także na stopniowym przekazywaniu odpowiedzialności tam, gdzie jest ona rozwojowo potrzebna. Rodzic nie przestaje być bezpieczną bazą tylko dlatego, że dziecko wyprowadza się z domu. Bezpieczna baza to coś, do czego zawsze można wrócić po wsparcie.
Troska o siebie nie jest egoizmem.
Jeżeli lęk staje się tak silny, że odbiera sen, utrudnia pracę, niszczy relacje lub prowadzi do ciągłego „sprawdzania” dziecka, warto potraktować go jako sygnał, że również rodzic potrzebuje profesjonalnej pomocy. Skorzystanie z konsultacji psychologicznej czy psychoterapii jest wyrazem odpowiedzialności za własne zdrowie psychiczne i za jakość relacji z dorastającym dzieckiem.
Miłość to obecność, a nie kontrola.
Nie mamy wpływu na wszystko, co wydarzy się w życiu naszych dzieci. Mamy jednak wpływ na to, w jaki sposób będziemy im towarzyszyć. Czy z nadmiernym lękiem? A może z uważną obecnością?
To właśnie ta obecność, oparta na zaufaniu, szacunku i otwartości, najczęściej okazuje się najcenniejszym wsparciem, jakie rodzic może ofiarować swojemu dorastającemu dziecku. Zwłaszcza temu, który w swoim życiorysie zaliczył potężny(e) kryzys(y)
Obraz: Mircea z Pixabay





